Telezakupy – Opowiadanie

       Spakowałam walizkę i wyruszyłam starym pociągiem Intercity do betonowej Warszawy. Czułam, jak koła pociągu co chwilę się zacinają i odzyskują swój równy rytm. W wagonie były dokładnie trzy osoby. Ja, mężczyzna głośno kłócący się przez telefon ze swoją żoną i elegancka kobieta. Siedziała zapatrzona w ekran laptopa. Wystukiwała w klawiaturę tak szybko, jakby bała się, że zaraz cały komputer eksploduje i jej ciężka praca odejdzie w nicość. Natomiast moje dłonie przekładały cienkie kartki magazynu zakupionego w kiosku na dworcu, a przed moimi oczami latały pejoratywne nagłówki. Nie byłam w stanie przeczytać ani jednego zdania z artykułów zamieszczonych w gazecie. Wszystkie litery rozmazywały mi się i obracały w abstrakcjonistyczne dzieła sztuki.

       Zostawiłam za sobą całkiem duży szmat czasu. Miasto zamykało się przede mną w coraz to mniejszą przestrzeń i napajało mnie klaustrofobicznym przekonaniem, że za chwile zostanę zamknięta w ciasnym pudełku sama ze swoimi myślami. A były to absurdalne i banalne myśli, którym próbowałam nadać mądrości na kartce. Czułam się jak klaun próbujący rozśmieszyć dzieci swoją paskudnością.

       Prawdę mówiąc, zostałam zwolniona z pracy, jaką sama sobie stworzyłam. Rzuciłam mój blog, który prowadziłam, od Bóg wie ilu lat. Wyrzuciłam wszystkie zeszyty pełne dziecinnych pomysłów, z których kiedyś chciałam stworzyć dzieła rangi nagrody Bookera i na zawsze próbowałam uciszyć mojego wewnętrznego pisarskiego duszka. Byłam zmęczona. Już od dłuższego czasu borykałam się z niezwykłym wypraniem mózgowym spowodowanym bezmózgim pisaniem. Terapia, medytacja, urlopy, nowe techniki na zdobywanie kreatywności, wszystko było prowadzącą do niczego naklejką dobrego pacjenta, który przed chwilą dowiedział się, że umrze przed końcem roku.

       Moje teksty zaczynały być suche i pozbawione jakiegokolwiek sensu. Wymyślałam historię typu, przeżywanie przez bohaterkę tego samego dnia kilka razy, żeby mogła się czegoś nauczyć, lub wsadzanie moich bohaterów w niezwykłą i fascynującą peregrynację, która miała im pomóc w odnalezieniu samych siebie. Nudne jak flaki z olejem, nikt nie chciał tego czytać, a ja bałam się przyznawać, że jestem tragiczna w jedynej rzeczy, która nadawała sens mojemu życiu.

       W końcu po kilkunastu porażkach z rzędu usłyszałam samą siebie wymawiającą słowa, które teoretycznie powinny były rozbić mnie i mój świat na milion ostrych kawałków: “nie powinnam tego robić, nie nadaję się do tego”. Mój głos wymawiając te dwa zdania, jednak ani razu się nie załamał, jakby już dawno wiedział, że do tego dojdzie. Ale moje ręce za to zaczęły drgać i drzeć wszystkie brudnopisy, wszystkie samoprzylepne karteczki przyklejone do biurka z “super pomysłami na bezowocne dni”. Bo jeżeli miałabym rzucić pisanie, to w tym świecie nie ma już miejsca dla mnie. Nie istnieję, po prostu tracę puls i przeistaczam się w padlinożercę mojego ciała

       Wyjechałam, myślałam, że muszę to zrobić, skoro w dawnym mieście wszystko przypomina mi o mojej nieuniknionej porażce. Rodzina myślała, że jest to kolejny urlop dla nowej inspiracji, przyjaciele poklepywali mnie po plecach i mówili, że wszystko będzie dobrze. Sąsiadka, którą poprosiłam o podlewanie kwiatów, tylko skinęła głową, jakby dobrze wiedziała, że nie musi tego robić, bo i tak nie zamierzałam tu wrócić. Żegnałam się z dawnym światem, obiecując, że wrócę.

       Nie wiedziałam, co będę robić. Byłam bezrobotną, młodą dziewczyną. Nie za mądrą nie za głupia, nie za ładna, nie za brzydka. Po prostu przeciętna. Upadły anioł, niezwykle utalentowana artystka, która niestety wpadła w spirale nieszczęścia. W to chciałam wierzyć. Pragnęłam przynajmniej odczuwać żal, współczucie. Mówić sobie, że niestety życie, społeczeństwo, kapitalizm i inne bzdety doprowadzają młode, artystyczne dusze do takich końców. Ale nie potrafiłam. Było to po prostu bezmózgie tłumaczenie się przed wszechświatem. Przed rodzicami, przed pracodawcami, przed ostatnimi czytelnikami. Przed samą sobą. 

       Zawiodłam wszystkich, a myślałam, że mam dar. Że mam to coś. Że jestem na tyle rewolucyjna, aby móc manewrować słowem, jego sensem, stawiać filozoficzne pytania w moich tekstach i niczym Sokrates doprowadzać ludzi do stanu katharsis, który nada im przełomowego oświecenia.

        Bóg. Do niego też się zwracałam. Postanowiłam zacząć się modlić. Próbowałam wytłumaczyć mu, że nie chciałam, aby tak wyszło. Że próbowałam, ale niestety przegrałam. Czułam się przy nim jak bezbronna owieczka. Jak człowiek, któremu wyrwano dwie nogi i kazano iść. Idź, idź dalej, życie dalej się toczy, jak możesz nie iść?! Jak możesz odrzucać szansę, którą dał ci Bóg?! Nie potrafiłam uronić łzy ani prawdziwie go poprosić o jakieś błogosławieństwo. Byłam bezbronna, bo przecież tak długo z Nim nie rozmawiałam. On jednak zachował ciszę i żadnego znaku, żadnego słowa, żadnego wiatru nadziei ani oczyszczenia nie postanowił mi ofiarować. Była pomiędzy nami niewidzialna ściana.

        Miałam odłożone środki. Była to całkiem dobra suma. Pozwoliłaby mi żyć spokojnie przez kolejne od trzech do czterech miesięcy. Jeżeli żyć bardzo poprawnie może starczyłoby mi na pół roku. Ale nie zamierzałam oszczędzać. Chciałam pójść w całkowicie drugą stronę. Może zrobić kurs, nauczyć się grać na instrumencie, czy zatrudnić się w jakiejś korporacji i zostać pospolitą biurową myszą? Przeistoczyć mój największy strach w rzeczywistość i żyć pod słowo innych zamknięta w pudełku z komputerem i kalendarzem odliczającym do urlopu?

Kiedy wysiadłam z pociągu i poczułam metropolitalne powietrze w moich płucach, poczułam się lepiej. Mogę zacząć wszystko od nowa. Czysta kartka papieru, którą mogę zapełnić, czym tylko zapragnę.

       Wynajęłam pokój i spędziłam w nim pierwszy tydzień. Absolutnie nic nie robiłam. Nie wychodziłam, żeby zwiedzać miasta. Zrobiłam raz zakupy składające się z gotowych sałatek, makaronów, kanapek, burgerów. Oglądałam telewizje, cały dzień. W poprzednim domu nigdy jej nie miałam. Teraz wpatrywałam się ślepo w tych samych prowadzących telezakupów. Prawie kupiłam wielofunkcyjny toster, co jest po prostu niesamowite, biorąc pod uwagę fakt, że ja zawsze byłam przeciwniczką takich programów telewizyjnych.

       Na zewnątrz wyszłam, dopiero gdy skończył mi się papier toaletowy. Weszłam do pierwszego lepszego sklepu na rogu ulicy i wtedy zauważyłam to: na regale z gazetami, wielkimi literami wpatrywał się we mnie napis “Trzy osoby martwe! Tragiczne wykolejenie pociągu Intercity!”.

        Wzięłam czasopismo do rąk i zaczęłam szukać artykułu poświęconego tej awarii. Na jednej ze stron widniało ogromne zdjęcie płonącego, przewróconego i zgniecionego wagonu pociągu, a obok tekst:

“W dniu 12 sierpnia około godziny 8:30 pociąg Intercity kursujący z Krakowa w stronę stacji Warszawa Centralna wykoleił się obok Żarnowa. Poszkodowane zostały 23 osoby, w ciężkim stanie 12, 3 martwe.”

       Nie kupiłam papieru toaletowego. Rzuciłam na ladę banknot i wybiegłam ze sklepu z powrotem do mojego pokoju. Ta sama data, ta sama godzina, ten sam kierunek. Może to tylko zbieg okoliczności? Może to znak?

        Włączyłam laptop i pośpiesznie wystukiwałam w klawiaturę dane z awarii. Dokładnie tak samo, jak elegancka kobieta siedząca ze mną w wagonie tydzień temu. We wszystkich artykułach wyglądało to identycznie. Ilość poszkodowanych, opisy awarii, wypowiedzi śledczych, ale żadnych imion 3 ofiar. Napisałam do mamy.

“Mamo, oglądałaś dzisiaj telewizje? Coś mówili w faktach?”

“Nie nic ciekawego, ale Damian dzwonił rano jakiś zdenerwowany. U was wszystko w porządku?”

Jaki Damian, kto to jest? – pomyślałam.

       Obróciłam się i spojrzałam na zdjęcia stojące w ramce w pokoju. Ja, stojąca prosto z mdłym uśmiechem na twarzy, ubrana w długą, brzydką suknię ślubną, a obok wysoki mężczyzna, dosyć przystojny, ale z widocznie zblazowaną miną. Patrzy gdzieś w drugą stronę, a ręce ma w kieszeniach. Obok data: “24 maja 2030 – Szczęśliwi na zawsze”.

       Przetarłam oczy i poczułam jakiś dziwny pisk w głowie i ból w palcu. Spoglądam, obrączka coraz bardziej się zwęża i zwęża, aż moja skóra z beżowej przechodzi w purpurę i nagle już nic nie czuję, tylko widzę, jak reszta palca spada na podłogę, a fontanna krwi wylatuje z mojej dłoni. 

      Dzwoni telefon. Wszystko mnie boli. Odbieram. Czyjś głos. Męski, ale słyszę w tle głos innej kobiety. Czuje damskie perfumy. Nie moje. Nie lubię gorzkich. Nagle rozbijam ramkę ze ślubnym zdjęciem. Szkło wbija mi się w stopy i mnie kaleczy. Krzyczę “zdrada”, chociaż wcale nie wiem, dlaczego to mówię. “Halo! Słyszysz mnie? Odebrałaś dzieci z przedszkola?!” – słyszę wciąż głos dobiegający z komórki. Dzieci? Nie mam dzieci. Sama jeszcze jestem dzieckiem. Widzę małe ubranko wiszące na krześle. Zabawki porozrzucane po całym pokoju. 

       Drzwi do sypialni są otwarte. Wchodzę. Zatrzaskują się i nagle zamiast łóżka widzę wagon pociągu. Jadę gdzieś, ale nie słyszę stukotu kół. Krzyk mężczyzny z drugiej strony, który kłóci się z żoną. Ona nazywa go zdrajcą i dowiaduję się, że nazywa się Damian. Klawiatura kobiety obok wybucha. Zaczyna płakać i zabija myszy, które nagle zjawiły się na podłodze wagonu. Nic nie słyszę oprócz pisku w głowie. I nagle rozumiem, że za chwilę zostanę zmiażdżona. Za chwile te cztery ściany wagonu rozdzielą moje kończyny i zostanie ze mnie tylko plama krwi.

      Magazyn wylatuje mi z rąk. Biorę długopis i zaczynam pisać. Piszę, piszę, piszę. Powstaje dzieło, ruch ręki jest coraz szybszy, a słowa wirują mi przed oczami. Muszę zdążyć – myślę. – Muszę coś zostawić po sobie!

       W wagonie czuć zapach krwi. Kobieta podaje mi zdechłą mysz, chociaż jej nie chcę.

   – Musisz ją mieć! Nie rozumiesz? Musisz być jedną z nas! – krzyczy na mnie okropnym, rażącym głosem.

Ale ja dalej piszę. Wymyślam metafory, zadaję pytania, tworzę.

       Nagle pociąg się zatrzymuje. Jednak nic się nie dzieje. Nie ma awarii, nie ma krwi, nie ma żadnych dzieci, zdjęć ślubnych, myszy i magazynów. Jestem tylko ja i kartki papieru pełne tekstu. I wtedy rozglądam się po wagonie.

       Kobieta dalej stuka w komputer. Mężczyzna o imieniu Damian dalej rozmawia przez telefon, ale już się nie kłóci. “Tak, kochanie, wiem. Będziesz mogła wybrać suknie z największymi kryształkami, wzorkami i czym tylko zechcesz. Maj będzie ciepły, więc zrobimy w ogrodzie ślub. Tak, ja też cię kocham” – słyszę.

        Elegancka pani ze stołu też odbiera telefon. “Dziewczyno, nie uwierzysz! Przyjęli mnie do tej pracy w korporacji! Idziemy świętować dzisiaj!” – wykrzykuje podekscytowana i aż zaczyna płakać ze szczęścia.

– Coś podać dla pani? – pyta kelner i nagle rozumiem, że jestem w wagonie restauracyjnym.

Odmawiam i dziękuję, po czym spoglądam na kartki przede mną. Są całe zapełnione, tekstem, z którego aż bije życie. Podoba mi się on. Naprawdę czuję, że stworzyłam piękno, które jest dowodem na to, że coś potrafię. Że jestem pisarką, którą zawsze marzyłam zostać.

To wszystko tylko zły sen – myślę sobie. – Koszmar, z którego się wybudziłam.

        Za oknem słońce wysoko świeci nad horyzontem. Widzę piękne, polskie lasy. Dostrzegam kilka saren na polu. Wypatruję ptaki szybujące w przestworzach. Z głośnika słyszę komunikat:

– Następna stacja: Warszawa Centralna.

Pakuję się, podobnie jak zakochany mężczyzna i wzruszona kobieta. Wszyscy czekamy, aż wyjdziemy na powierzchnie wielkiej stolicy i poczujemy się prawdziwie szczęśliwi.

Szkoda tylko, że nagle słyszę wielki huk, i coś ogromnego spada na moje plecy. Potem już byli tylko śledczy, dziennikarze i plama krwi.

1 komentarz do “Telezakupy – Opowiadanie”

Skomentuj Мужчина на ім'я Руслан Anuluj odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *