Długo się zastanawiałam nad tym, o czym powinien być ten wpis. Jakimś kreatywnym opowiadaniem? Szkolnym felietonem? Jednym i drugim? Jednak prawdę mówiąc, słowa, które podkładają mi się teraz pod palce, są jakąś dystopijną wizją mojej wewnętrznej arkadii. Nie wiem dokładnie, jak one brzmią, ale są bardzo konkretne. Jak zamykająca się brama do lepszego świata przed moimi oczami, są jak uciekający pociąg czy to spojrzenie Orfeusza na swoją Eurydykę przed wyjściem na powierzchnię. Są jak zły sen wyrwany mi spod powiek i postawiony przede mną w prawdziwej postaci jak ikarowski upadek w nicość. Tak brzmią te słowa i bardzo często one mnie trapią.
Dowiedziałam się ostatnio, że klaustrofobia wcale nie musi ograniczać się do fizycznych czterech ścian w wąskim i malutkim pokoju. Ten lęk może też napajać ludzi, gdy znajdują się w wykreowanych z jakichś przezroczystych barier pokoikach. I jak wcześniej nie miałam problemu z tym strachem, teraz codziennie czuję pot spływający po skórze, gdy myślę, że znowu do niego trafię. Ale dość z tymi metaforami. Bo przecież, za dużo to nie zdrowo, prawda?
Poczucie wypranego mózgu mam od tamtego tygodnia. Wymyślić jakiś ambitny i kreatywny pomysł na nowy wpis było i jest porównywalne do wspięcia się na fikcyjny Mount Everest. Z tym w parze chodzi niechęć do takiej wymuszonej pracy. No bo przecież terminy to wróg artystów. A jednak te terminy to moja przyszłość. I to jeszcze bardziej syci mnie strachem. Bo zwyczajnie życie lubi się komplikować, moja Fortuna, zamieniła mnie w chomika, który bez końca biega w kołowrotku.
Nie boję się, że oszaleję, boje się, że gdzieś po drodze zgubię mój klucz do przyszłości. Moje drogie pisanie, moja ścieżka po złoto, po horacjańskie przeistoczenie się w ptaka, który szybuje gdzieś wysoko na niebie i może zobaczyć wszystko, może pisać wszystko.
Bo życie nabiera pędu. I tak biegnie szybko, że gubisz dni, nie wiesz, czy jest środa, czy czwartek, jedyne co pamiętasz, to że 9 kolejnych miesięcy spędzisz na krawędzi pomiędzy pustym jak pustynia Tartarem a naszym gruntem bycia człowiekiem wdzięcznym.
Kim jest człowiek wdzięczny? Jest człowiekiem, który dziękuje, że oddycha? A może jest człowiekiem, który dziękuje, za to, że czuje, że żyje? Co z tego, że oddycham, skoro nie jestem żywa? Ale jak można odczuwać życie? Czy jakoś ono smakuje? Pachnie? Jest miękkie, twarde, ostre? Jest tym, co widzę moimi oczami? Czy może jest tym co robię? Co kocham?
Przemija perfidnie życie. Pod znakiem zapytania, z akcentem obijającym się jak echo, że te 4 lata to miną szybko, potem już tylko studia, praca, aż może los doprowadzi cię do emerytury. Ale przecież na tym polega życie. No bo chyba nie chcesz rezygnować ze studiów prawda? Musisz potem znaleźć dobrze opłacalną pracę?
Wydaję mi się, że zadałam sobie niewłaściwe pytanie. To, na które naprawdę powinnam szukać odpowiedzi, to kiedy zaczyna się życie? Czy naprawdę jest to ten moment, kiedy wychodząc z łona matki zawiadamiamy świat swoim ostrym krzykiem? A może to ten moment, w którym ktoś przestaje nas uczyć jak żyć? A może jest to dopiero moment, kiedy ktoś dostrzeże, że żyjemy?
Tylko czy ja dostrzegam to, że żyję? Oddycham, płaczę, kocham, otwieram moje oczy codziennie rano, ale czy moje kości żyją? Czy moja wątroba żyje? Czy jest to tylko taki moment – trochę trudny, niewygodny, ale normalny? Bo co dzień wieczorem wymawiam to samo zdanie: “Boże, dziękuję ci za to życie!”. Ale Boże, czy ja naprawdę jestem człowiekiem? Nie upiorem?
Tak dużo pytań kłębi mi się w głowie. Tak bardzo chciałabym, żeby ktoś mi mógł po prostu powiedzieć, że żyję. Ale nikt nigdy nie będzie umieć znaleźć odpowiedzi na to pytanie. Być czy nie być? Drogi Hamlecie, wolę raczej nie być. Wolałabym naprawdę być świadoma moich słów, kroków, ruchów. Bo jestem. Codziennie jestem. Tylko może to wcale nie jaźń jest jedyną rzeczą prawdziwą jak mówi filozofia solipsyzmu. Może to świat jest jedyną prawdziwą rzeczą, a ja tylko jego prezentacją? Kim jesteś? Kim żyjesz?
Jednak najbardziej nienawidzę jednego. Jestem swoją własną trucizną przed życiem. Bo jak się jutro obudzę, będę miała to gdzieś. Po prostu będę, znowu. I choć w mojej głowie na zawsze pozostaną te słowa, to czy kiedyś będę miała na tyle odwagi, aby chociaż spróbować, posmakować życie?



