Milion uśmiechów i milion nowych twarzy – kropelka filozofii w naszych małych życiach.

    Heraklit – joński filozof przyrody, urodzony na wyspie Efez około VI wieku p.n.e. Twórca chyba najpopularniejszej presokratejskiej filozofii – wariabilizmu, którym głównym zdaniem było “pantha rei” o znaczeniu “wszystko płynie”. Jego twierdzenia, sprzeczne z teoriami Parmenidesa z Elei, który przemawiał tezą statyzmu, tak mocno utkwiły w mojej głowie, że po lekcjach filozofii często do nich wracam. Lubię zauważać tę myśl w moim codziennym życiu, pogrążać się w przemyśleniach na jej temat i snuć teorie, że może jednak jego przeciwnik miał rację i zmienność naszego świata jest tylko iluzją.

    Zainteresowanie filozofią Heraklita wzbudziła we mnie, myślę, dość pocieszająca i motywująca dla społeczeństwa myśl, że jednak nie możemy dwa razy wejść do tej samej rzeki, jak mówił sam autor. Że nasz rozwój, dorastanie, odnajdywanie nowych twarzy naszego bytu, prowadzi nas w jakąś stronę, wyzwolenia czy po prostu satysfakcji z życia. Nauka o samych sobie o naszych transformacjach, eklektycznych budowlach.

  W podróży przez moją pasję do pisania, z każdym tekstem mogę zauważyć jak nowa wersja mojego języka literackiego i stylu się rodzi. Czy różni się to tym jaką książkę w danym tygodniu pochłonę, czy może, na jaki temat piszę? Czy może znajdę jakieś bardzo chwytające słowo, którego biegnę użyć czy może po prostu: pantha rei?

   Tak jak płynę w mojej twórczości, tak samo dostrzegam, że ja oraz otaczający mnie ludzie dryfujemy po falach rzeki życia, zmieniając się z czasem. Jak trafiamy na ławice ryb, które zatrzymują nas w pewnych etapach naszego losu, jak nagle epizodyczne rzeki wysychają, pozostawiając nas w pustce, lub gdy nurt wody tak mocno przyśpiesza, że nasze kruche łódki się przewracają. Nasze odbicia w wodzie nagle prezentują ludzi z historią, doświadczeniem. Nasze dłonie od ciężkich lin i pracy są oplecione plastrami na palcach, skóra staje się sucha, wycieńczona od ubiegających lat spędzonych w podróży przez życie. Mamy modzele na dłoniach, rany, ale wiatr wciąż posuwa łódkę naprzód i nawet nie wiemy kiedy, ale wypływamy w przestworza oceanów, gdzie powoli nasz mały dryfujący dom pokrywa się wiecznością pod powierzchnią tajemniczej wody, ubiegającej historii. Mamy tylko nadzieję, że nasz umierający wrak będzie na tyle duży, że ktoś będzie w stanie go dostrzec i o nas pamiętać.

   Zmieniamy się i nawet jeżeli jest to iluzja, tak jak twierdził Parmenides, to jednak  jest to przyjemna iluzja do zauważenia. Chodzące z nas lustra, odbijające nasze dzieje, meandrujące przez mijające dni.

 Oczywiście wraz ze zmianami, pojawiają się nowe strachy. Czasami modlę się, żeby ten idealny moment zastygł i żeby nic go już nigdy nie zmieniło. Tak samo w odbiciach luster ludzi dla mnie ważnych, gdy widzę już coś obcego i nieosiągalnego dla mnie, opanowuje mnie frenetyczny smutek ubiegającego czasu. Często sama siebie pytam: gdzie ten czas umyka? Jak to możliwe, że ktoś, kogo tak dobrze rozumieliśmy, może się stać kimś zupełnie obcym? Jak to możliwe, że my, choć siebie dobrze znaliśmy, możemy się stać zupełnie obcymi ludźmi?

   Kiedyś miałam przyjaciółkę, z którą rozmawiać mogłam prawie codziennie i zawsze był to niezwykle szczęśliwy czas spędzony razem. Bawiłyśmy się przednio, ufałyśmy sobie, po prostu przyjemnie wędrowałyśmy razem przez kolejne mijające dni. Nadszedł czas liceum, obie podekscytowane wkroczyłyśmy w nowy rozdział, mając nadzieję trzymać się zawsze razem. Początki były dobre. Choć dwa różne kierunki, masa napływających nowych znajomości, pamiętałyśmy o sobie. A czas płynął, niemiłosiernie obijając nas o ostre brzegi, aż w końcu osoba przede mną stała się po prostu kimś, kogo kiedyś znałam. Kimś o kim ciepłe wspomnienia już na zawsze powiązałam z suchością tego, jak nasze drogi się rozeszły. I choć dalej można było usłyszeć “Cześć!” wiszące w powietrzu, to jednak nigdy już potem nie mogłam usłyszeć w przywitaniu głosu mojej dobrej przyjaciółki. Powędrowałyśmy w dwie różne peregrynacje.

   Więc tak nasze drogi się rozeszły, a razem ze zmianą mojej kumpeli nadeszła moja zmiana. Te delikatne, płynne różnice we mnie nie były od razu widoczne. To jak stopniowo gorący sierpień przechodzi w ciepły wrzesień, a ten powoli zaczerwienia się w październikowe barwy. Dostrzegamy dopiero, że jest inaczej, kiedy liście zupełnie utracą zielony odcień, a pierwsze z nich opadają na drogę. Po prostu żyjemy, nie zdając sobie sprawy z tego, jakimi ludźmi się stajemy z dnia na dzień. Niektórzy mówią, że gdy się wraca z podróży, już nigdy nie będzie się takim samym człowiekiem, jakim się było przed wycieczką. Tymczasem ja myślę, że cały czas wyruszamy do nowych destynacji. Tylko tak samo, nie zauważamy, kiedy wchodzimy po łagodnym stoku, a nowy powiew życia dostrzegamy dopiero wtedy, kiedy stoimy na szczycie góry.

   Pantha rei, i tak płynie życie, może tylko iluzjonistycznie a może naprawdę. Choć zmieniają się ludzie wokół mnie i zmieniam się ja, to jednak zawsze ciepło jest mi na sercu, kiedy mogę, tylko sobie przypomnieć kim byliśmy rok temu, 2 lata temu, 5 lat temu. Jak nagle z dzieci, wyrośliśmy na młodych ludzi dopiero wypływających na głębokie rzeki. Z każdym kolejnym dniem, lubię sobie przypominać jakie etapy mojego krótkiego losu zbudowały mnie i będą mnie budować dalej. Jakie uśmiechy ludzi doświadczyłam, jakie poszły w swoją stronę, a jakie widzę nadal. Dobrze jest też widzieć w swoim uśmiechu, uśmiechy z mleczakami, uśmiechy bez dwój jedynek, uśmiechy z aparatem.

Do wszystkich Heraklitów, Permanidesów i innych filozofów,

Z miłością, YP.

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *