Życie wysypuje mi się z rąk, kiedy ja próbuję go umieścić w telefonie. Moje ręce odruchowo sięgają po telefon, żeby moje oczy mogły przez minute odpłynąć w niebieskie światło ekranu. Poniedziałek, wtorek, środa, czekaj już środa?! Czwartek, piątek, hmm, jaki jest dzisiaj dzień? Sprawdzę w kalendarzu! Sobota, niedziela, erm, po co włączyłam telefon? Dobra, sprawdzę Vinted, może coś fajnego sobie kupię. Wstaję – telefon, może ktoś napisał? Jem śniadanie – YouTube, bo co tak nic nie obejrzeć rano? Myję zęby – Instagram, może Goodreads coś wstawiło, nauka – ChatGPT żeby pomógł z francuskim, ale szybko przechodzę na TikToka, tak żeby mózg odpoczął. Czytanie – notatki, a może obejrzę szybką recenzję. Nagrywanie? O nieeee… Nie mam pomysłu, powinnam zobaczyć, co inni nagrywają.
“Dzyn dzyn” – o! X dodał na relację…
“Bzz” – o kurczę BeReal!
“Ding” – nowy serial na Netflixie? Ciekawe, muszę obejrzeć. O, a co to, już 21:00?
No dobra, ale tak przed snem, to muszę jeszcze obejrzeć jeden odcinek serialu. A WŁAŚNIE, prawie bym zapomniała o Duolingo! Ajajaj, jeszcze do mnie Y napisała. “Widziałaś ten filmik?” – hahaha no zabawne. Palec leci w górę i jeszcze raz i jeszcze raz i jeszcze raz. Co minęła godzina oglądania? No robię się… trochę śpiąca, jeszcze… 5 minut…
Obudziłam się z piaskiem w buzi. Zaczęłam się dławić i pluć nim dookoła. “Co to za dziwny sen?” – pomyślałam. Otworzyłam oczy i zaczęłam strzepywać z twarzy sypką skałę. Było mi gorąco i czułam się nieswojo. Nagle znowu do moich oczu wpadł piasek. Tym razem, gdy go zabrałam i rozejrzałam się dokładnie dookoła, zdałam sobie sprawę, że jestem na pustyni. Wokół mnie nie było żywego ducha. Głucha, przerażająca cisza, wiatr, który od czasu do czasu muskając moją twarz, obdarowywał mnie piaskiem. Byłam w piżamie, a w dłoni wciąż trzymałam telefon, z którym zasnęłam. Nie wiedziałam co robić. Próbować się obudzić? Krzyczeć? Może zadzwonić po pomoc? Zaczęłam klepać się po twarzy, próbując pierwszą opcję. Bolało i wcale się nie budziłam. Spróbowałam telefonem, lecz skończyło się na rozdartej wardze. Wstałam i włączyłam Mapy Google. Brak zasięgu. Wykręciłam numer alarmowy. Numer nie istnieje. Co jest kurde? Zaczęłam iść przed siebie. W odległości widziałam rysy skał.
Nie wiem, ile czasu minęło. Wciąż tylko idę, idę, idę i idę. Skały zniknęły, telefon się rozładował, burczy mi w brzuchu, dopada mnie migrena. Chcę mi się pić, słone łzy mieszają się z piaskiem wlatującym w moją twarz. Chcę wrócić do domu, nie wiem, co tutaj robię.
Nastaje noc. Zimne powietrze przeszywa moje kości. Znalazłam zaschnięte drzewo. Opierając się o niego, próbowałam zasnąć i przestać myśleć o głodzie, bólu ciała i tęsknocie za domem. Co chwilę próbuję włączyć telefon. Jeżeli to sen, dlaczego magicznie się nie załaduje? Noc mija mi bardzo powoli. Nie zmrużyłam ani razu oka, wahania temperatury tak mocno mnie dopadają, że moje kończyny nie mogą się ruszać od zimna. Ból głowy staję się coraz mocniejszy. Leżąc oparta o suche drewno w piżamie, chcę płakać, ale łez już braknie. Pali mnie pragnienie, nie mam ani grama siły. Znów wstaje słońce. “Muszę iść dalej. Muszę znaleźć wodę” – myślę.
Skupiam całą siłę na tym, żeby stanąć na nogi. Telefon wciąż trzymam w dłoni. Nie mogę w to uwierzyć, ale dalej mam moje stare odruchy. Gdy wydaję mi się, że słyszę dźwięk, panicznie spoglądam na telefon. Jakakolwiek fałszywa wibracja urządzenia wywołuję we mnie nagłą potrzebę zobaczenia. Może ktoś napisał, może działa Instagram, może nawet nagram rolkę… Jednak nigdy telefon się nie włącza. Z indolencją poruszam się i co chwilę upadam na piasek. Z mojej stopy zaczęła lać się krew, jednak nie jest jej dużo, odwodnienie daje się we znaki.
Mija kolejna noc, ją spędziłam, leżąc po prostu na piasku. Potem kolejny, newralgiczny dzień. Teraz już nie idę – czołgam się z telefonem w dłoni, choć on blokuje mój ruch. Drastycznie schudłam, straciłam bardzo dużo wody. Zamiast moich palców, widzę krawędzie paliczków. Nadgarstki widocznie się uwydatniły. Żebra coraz bardziej odbijają się na skórze. Głód jest tak bardzo silny, że wydaję mi się jakbym, pożerała samą siebie.
Gdy słońce jest w zenicie, a ja wciąż odpycham się po wzgórzach gorącego piasku, zaczynam wyrywać sobie włosy i je jeść. Muszę coś przełknąć, muszę coś zjeść, nie chcę umrzeć.
Nagle czuję powiew bryzy. Tym razem to nie piasek. Spoglądam w przód i widzę… Widzę wodę. Faryzejskie morze. Szum i ten zapach, fale rozbijające się o brzeg. Wokół są drobne rośliny. Podbijam się na kolana i próbuję wstać. Udaję mi się, choć nogi załamują się co chwilę. Palą mnie oczy, skóra swędzi. Całe moje ciało domaga się cieczy. Zaczynam biec, a raczej próbuję. Wywalam się na ostatniej prostej i końcówkami palców dotykam wody. Przeszywa mnie uczucie tak mocne, jakbym została porażona prądem. Doczołguję się i spoglądam w taflę cieczy. Moje odbicie… Jest straszne. Policzki zapadnięte, skóra żółta, cienie pod oczami, usta jakby zniknęły. Włosy rzadkie i tłuste, na wpół zjedzone. Wszystkie kości próbują przebić moje cienkie mięśnie. Wyglądam jakbym była na wpół martwa. Nawet nie wiem jak, ale po całym moim ciele są otwarte rany z zaschniętą krwią.
Gwałtownie kradnę morzu łyk wody, lecz zamiast niej do buzi wpakowuje mi się piasek. Próbuję jeszcze raz, lecz fale się cofają. Nie pozwalają mi skosztować wody ani kropla nie dostaje się do mojego wycieńczonego gnijącego ciała. W końcu rozbijam głowę o kamień, a lejąca się ze mnie krew zabiera ze mnie życie. Morze przybliża się do mojego bezwładnego ciała i pochłania je, zabierając w swoje przestworza. Tonę, zapadam się w głębiny i odpływam…
Frenetycznie się budzę. Ciężko oddycham, jestem cała spocona. W dłoni ten sam telefon. Obok łóżka stoi szklanka z wodą. Od razu wypijam całą. Wstaję i przyglądam się sobie w lustrze. Wyglądam normalnie, włosy nie są zjedzone, skóra bez żadnych ran. Otwieram okno i wdycham głęboko powietrze. Dopada mnie niezwykła euforia, tak ogromne szczęście, że to wszystko, to tylko koszmar. Próbuję włączyć komórkę, ale nie działa. “Może się rozładowała?” – myślę.
Wychodzę z sypialni, ale moje stopy od razy dotykają czegoś dziwnie znajomego. Spoglądam w dół. Piasek. Dużo piasku. Idę do kuchni. Telewizor, laptop, telefony, są spalone. Jakby ktoś trafił je błyskawicą. Biegnę do sypialni mamy, jednak zamiast niej w pokoju natrafiam na zwłoki młodej dziewczyny. Są pokryte piaskiem i krwią. Na początku myślę, że to mama, jednak szybko orientuję się, że dziewczyna na podłodze przypomina mi kogoś, kogo bardzo dobrze znam. To moje zwłoki. Blade, posiniaczone, kościste, a jednocześnie tak korpulentne. Zaczynam się cofać, krzyczę, chcę uciec. Nagle słyszę powiadomienie telefonu. Nie mam go już w dłoni. Znajduję go obok ciała. Nowa wiadomość. Otwieram.
“Naucz się żyć, zanim ja zabiorę to życie od ciebie:) – Z całą miłością, Telefon”
YP.



