Wybieram lśniącą cerę, duże oczy, falowane czarne włosy, mały, lekko ostry nos, długą i smukłą szyję. W opisie wpisuję inteligentna, ambitna, atrakcyjna, odnosząca sukcesy, genialna pisarka, z wyszukanym gustem, towarzyska itd. Kupuję jej dom w bogatej dzielnicy, zapisuję na prestiżowe studia, kieruję nią tak, że wszystkie egzaminy zdaje na 100%. W międzyczasie rozwija się muzycznie, czyta różnoraką literaturę, wydaje bestsellery New York Times’a. Ma zgraną grupkę przyjaciół, chodzi na imprezy, jak i na potańcówki jazzowe. Inni określają ją przymiotnikami “idealna”, “bez skazy”, “skazana na sukces” i tym podobne. Spoglądam na nią i czuję przeszywający ból w brzuchu. W sumie nie tylko w brzuchu. Całe moje ciało chce zdjąć się z mojej duszy i nałożyć się na dusze tej dziewczyny. Istoty idealnej, podziwianej, pięknej. Niebieskie światło laptopa odbija się na mojej nieidealnej cerze, nieidealnych prostych, brązowych włosach, nieidealnych szarych oczach. Mam ochotę kliknąć myszką na “Opcje gry” i usunąć rozgrywkę na zawsze. Zdjąć uroczy uśmiech z jej pięknej twarzyczki. Chcę mi się trochę rozryczeć, ale przypominam siebie, że Ona by tak nie zrobiła.
Ona, pomimo że już nie istnieje (bo oczywiście wykasowałam ją z gry), wciąż znęca się nade mną w głowie. Taka właśnie jest, “idealna”, a tak naprawdę ma serce z zimnego kamienia. Jej głos tak aksamitny i delikatny nawiedza mnie w snach, kiedy zamiast zdrowej sałatki jem frytki, kiedy zamiast robić godzinny pilates, oglądam po raz dziesiąty Biuro. Dobra, tak naprawdę, nawiedza mnie cały czas. A ludzie i tak mówią o niej, że jest aniołkiem. Doszczętnie jej nienawidzę. Jak ona śmie być wszystkim tym, kim ja chcę być?! Dlaczego ona kradnie mi życie, które powinno być moje? Wyrwała go swoimi szponami, a teraz odgrywa taką niewinną dziewczynkę.
Najlepsze, a raczej najgorsze jest to, że czasami nawet odbija się na twarzach osób, które znam. Uśmiecha się do mnie tym swoim diabelskim uśmieszkiem, patrzy na mnie swoimi dużymi, przerażającymi oczami sarny czy zarzuca kolejnym sukcesem, jaki odniosła, w nawet nie wiem już w czym. Za chwile będzie mogła się chwalić jak bez skazy, niczym balerina zeszła po schodach, aby wynieść śmieci. Brawo, szkoda, że nie rozsypały ci się na głowę.
Kiedy próbuję rozmawiać o tym z innymi ludźmi, słyszę jedno i to samo. Jesteś tylko troszkę zazdrosna, Gdybyś się więcej pouczyła, na pewno byłabyś na jej miejscu!, Oj tam nie przesadzaj, poproś ją o pomoc, a na pewno się dogadacie, To kwestia dobrze zbilansowanej diety, jadłaś kiedyś taki deser bez cukru, mąki, tłuszczu? Ona to je i jest przepyszne!
Wszyscy ją kochają, ale ja ich nigdy nie mogę przekonać, że to Ona ukradła mi osobowość. Całe życie, sukces, powietrze! Jedyną osobą, która bardzo dobrze zdaje sobie z tego sprawę, jest niestety ta “idealna” dziewczyna. Gdy próbuję z nią rozmawiać, błagać, żeby oddała mi mój skarb, Ona śmieje mi się w twarz! “Przecież sama możesz to wziąć! Jesteś mną tylko, cóż, nie jesteś idealna…”
Jej słowa krążą w mojej głowie 24/7. Ależ ona jest bezczelna, prawda?
Poznałam ją, kiedy weszłam w wiek dorastania. Kiedy zaczęło mnie obchodzić czy ubiorę te spodnie, czy tamte. Kiedy komentarz kogoś z klasy był ważniejszy niż moja własne myśli. Kiedy zrozumiałam, że jestem brzydka, gruba i głupia. Kiedy chciałam robić ekstremalne diety 1000 kalorii, kiedy natarczywie robiłam masaż twarzy, bo nie mam wyrazistej szczęki. Tak, wtedy pojawiła się Ona. Na początku wyglądała jak zbawicielka, bohaterka mojego podłego, upokarzającego życia. Pomagała mi przetrwać największe moje upadki, dawkami słodkiego życia, które tworzyłam w swojej wyobraźni. Była cudowna, przysięgam, nie wiedziałam o jej złych zamiarach, po prostu bardzo, bardzo, bardzo chciałam być bliżej niej. Czuć ten blask bijący od jej perfekcyjnego ciała. Ale nie wiem kiedy, wbiła mi nóż w plecy. Może to było, kiedy miałam 11 lat? Może rok czy dwa lata później?
No więc zaczęłam się zastanawiać, jak odebrać jej to bezbłędne życie. Zaczęłam robić plan, w którym powoli zabieram jej mądrość, wygląd, sukces, przyjaciół, szkołę, miejsca, które odwiedziła, dom… Stworzyłam wizje idealną, byłam tego pewna. Projekt był tak bizarny, a jednocześnie pięknie uzależniający. Wiedziałam, że musiałam go spełnić.
Wsiadłam na autobus i pojechałam do jej bogatej dzielnicy. Kiedy wysiadłam i moje oczy dosięgnęły jej willi, poczułam zazdrość i adrenalinę. Zaraz ta piękna twarzyczka straci wszystko – pomyślałam. Weszłam po cichu do jej domu przez otwarte okno. Miałam ze sobą plecak, a tam nóż, notatnik z planem, nożyczki, igły, nici, plastry i taśmy. Byłam idealnie przygotowana. Po odgłosach domyśliłam się, że siedzi w swojej pracowni literackiej. Kiedy cicho weszłam, siedziała do mnie tyłem i zawzięcie pisała. Obok niej leżały książki, zapalona świeczka, świeżo zrobiona herbata z miodem. Przez duże okno widziała zachód słońca i kolorowy ogród. Z odtwarzacza winylowego w rogu pokoju dobiegał cichy jazz. Wszystko tak jak zawsze chciałam. Moja idealna pracownia, którą ta jędza ukradła.
Zaszłam ją od tyłu i chwyciłam za te śliczne, czarne jak noc włosy. Pisnęła, kiedy powaliłam ją na ziemie. Wyjęłam z plecaka nóż i popatrzyłam, jak jej oczy rozszerzają się ze strachu, kiedy wyciągnęłam ostrze. Błagała mnie, płakała, mówiła, że wszystko mi odda, byle bym tego nie robiła. Nie chciałam słuchać tych idealnych wymówek, bo czułam, że jej ulegnę, a wtedy to Ona by mnie zabiła. Wbiłam nóż jej prosto w serce i przejechałam nim aż do bioder. Krew polała się z jej koralowych ust, klatki piersiowej i idealnego, płaskiego brzucha. Byłam cała w jej czerwieni, lecz ani na chwile się nie zawahałam. Oczy dziewczyny wpatrywały się we mnie martwe, usta szeroko rozchylone, bluzka z jedwabiu przypominała krwawe płótno. Po kolei wyjmowałam: serce, płuca, żołądek, wątrobę. Po małych kawałkach odcinałam skórę i wykładałam na parkiecie obok. W końcu odcięłam jej smukłe dłonie, rozbiłam czaszkę i ostrożnie przelałam mózg do stojącego obok wazonu na kwiaty. Po czasie zostały z niej tylko kości, resztki mięśni, żyły i jakieś ohydne resztki ciała.
Zaczęłam realizować główny punkt planu. Wzięłam igłę, nić i nożyczki. Zaczęłam od oczu. Wydłubałam sobie swoje zwyczajne gałki i zatamowałam jej ubraniami krew. Powoli wkładałam sobie jej oko.
“Cholera drugą stroną” – pomyślałam. Zaczęłam biegać po pokoju, szukając lustra. Ledwo widziałam. W końcu wymacałam na ścianie szkło. Przełożyłam starannie oko na dobrą stronę. Teraz miałam piękne, błękitne jak morze oczy. Potem już po kolei ze wszystkim. Przyszywałam sobie jej porcelanową skórę do ciała. Szwy powinnam zdjąć za 3 tygodnie od przyszycia – tak mówiła Basia na jakimś blogu dla gospodyń. Potem przez uszy wlałam sobie jej mózg do czaszki. Obcięłam sobie najpierw jedną dłoń, przyszyłam jej, a potem to samo zrobiłam z drugą. Delikatnie rozcięłam sobie klatkę piersiową i delikatnie wyjmując serce, włożyłam jej. Każdy organ, każdy skrawek skóry, wszystko uważnie przyszywałam do swojego już starego ciała. Po chwili spojrzałam na podłogę. Resztki zwłok dziewczyny mieszały się z moimi wyciętymi, ohydnymi fragmentami. Nawet jej zwłoki były bardziej idealne niż moje. Po chwili spojrzałam na siebie w lustro i krzyknęłam przerażona. Moja twarz była cała zdeformowana, naciągnięta skóra trzymała jej gałki oczne, kawałki ust i proste, perłowe zęby. Byłam cała we wszach, ranach, wyglądałam jak o wiele gorsza wersja Frankensteina. Niektóre części ciała, które pochodziły z mojego starego bytu, odstawały swoją grubością, kiedy części dziewczyny były idealnie płaskie. Skóra była posiniaczona, a dopiero teraz zauważyłam, że na ciele idealnej były zmarszczki, blizny po trądziku, ciemne włosy.
Czułam się ohydnie, paskudnie, jakbym była największym potworem, ale ja przecież chciałam tylko być idealna. Ja tylko chciałam coś poczuć zamiast palącego wstydu i zażenowania moją wrodzoną okropnością. Chciałam być mądra, atrakcyjna, odnosić we wszystkim sukcesy. Nienawidziłam siebie, każdej partii życia, które było choć trochę związane ze mną, nienawidziłam. Zaczęłam płakać, ale łzy nie wylewały się na zewnątrz. Przez źle zszytą skórę, wpadały do środka, tworząc duże bąble. Przebiłam je igłami i wylała się na mnie krwawo-słona ciecz. Zakryłam się krzywymi dłoniami i krzyknęłam. Czułam ból wszędzie, wszystkie moje kończyny pulsowały i błagały o przewrócenie. Zaczęłam się cofać jak najdalej od lustra i poczułam, że coś przewracam.
Gdy się odwróciłam, było już za późno. Leżąca świeczka zapaliła dywan, który zapalił drogie zasłony, a te trafiły na resztki naszych gnijących zwłok. Moje oczy z przerażenia wypadły z mojego oblicza. Nic już nie widziałam, ale krzyczałam, błagałam ogień, żeby zostawił moje stare szczątki. Ten bezdusznie trawiąc wszystko na swojej drodze, dotarł w końcu do moich powykrzywianych dwóch lewych stóp. Poczułam, jak moja skóra topi się i rozpala moje mięśnie, żyły i w końcu kości. Nie miałam już nawet siły krzyczeć, dym dostał się do moich płuc i zaczął mnie palić od środka. W końcu tortura był tak silna, że odcięłam się od życia, a mój mózg przywoływał mi obrazy z przeszłości. Widziałam idealne dni jej – dziewczyny, która ukradła moje życie. Topiąca się skóra zbliżała się do mojej twarzy, a umierając, zobaczyłam ostatni obraz.
Siebie, uśmiechająca się razem z najlepszą przyjaciółką, a w tle usłyszałam głos idealnej. „Byłaś idealna.”



