“Podróże Biedronki” – W Poszukiwaniach I Błądzeniach.

9 lutego 2025

Nie wiem, gdzie zniknął mój cały zapał. Każdy mój dzień wygląda tak samo – wstaję rano, idę do szkoły, 6 godzin nauki mija, a ja i tak nic nie pamiętam. Wracam do domu, robię zadania domowe i siadam w telefon przeglądać reelsy na Instagramie. W końcu pora iść spać i tak każdy dzień się powtarza, serwując mi taki sam scenariusz szarej rzeczywistości. Lubię moje życie, szkołę, moich przyjaciół, rodzinę. Cieszę się z tego, co mam, a jednak czegoś mi brakuję. I to coś siedzi głęboko wewnątrz mnie jak zimny kamień, przytłaczający moją duszę. To niepohamowana zazdrość. Zazdroszczę tym, których dni coś znaczą. Zazdroszczę tym, którzy pokazują mi (a raczej ja ilustruję to w głowie sama sobie), jak idealne może być życie. Zazdroszczę tym, którzy mają to coś, czego ja od bardzo dawna szukam. Marzenia.

Moja klasa – to niezwykle ciekawy zlepek ludzi. Jednak moje pierwsze wrażenie, gdy zobaczyłam ich pierwszego września, było jasne – nie pasuję tam. Wmawiałam sobie, że dostałam się do tej szkoły z przypadku, że jestem zbyt głupia, żeby wypowiadać się na forum klasy, że cała moja nadzieja i sny o różowej bajce w nowym liceum – to wielka klapa, wizja gdzie ja jestem czarnym charakterem lub wielkim błędem. Może to błąd w Matrixie? Może ktoś źle przeliczył punkty?

Pierwsza lekcja historii, mojego rozszerzenia, była koszmarem. Czułam się jak na fizyce kwantowej, choć od zawsze byłam humanem. Wydawało mi się, że wszyscy wypowiadają się z niezwykłą intencją, wiedzą tak dużą, jakby ich mamy przykładały słuchawki ze słownikiem polskim do brzucha, kiedy jeszcze wygodnie sobie pływali w macicy. Tymczasem ja, na pytanie (które chyba zapamiętam do śmierci) – “Gdybyśmy mieli brać udział w dyskusji na temat przyszłości, zaprosiłabyś tam historyka czy politologa?”, odpowiedziałam historyka, bo przecież mamy mnóstwo następstw po wcześniejszych latach i historia się powtarza – uzyskałam kilka skoszonych spoglądnięć i natychmiastowo z dziesięć poprawek innych uczniów. Jak wróciłam do domu, zaczęłam płakać jak małe dziecko i odtąd przez kolejne dwa miesiące, uczyłam się materiału omawianego na kolejnej lekcji, dwa dni przed.

Teraz gdy jest już kawałek po drugim semestrze, moja otucha do nauki i przejęcie tym, co o mnie pomyśli przeciętny X z klasy, widocznie spadła. Dalej walczyłam o dobre oceny, ale jeżeli miałabym być szczera, przestałam się czuć dobrze na lekcjach z moimi rówieśnikami. A nauka dla siebie, zamieniła się w kucie na sprawdzian i zapominanie wszystkiego od razu po      napisaniu go.

Czułam się zagubiona, zazdrosna, że oni wszyscy mogliby napisać encyklopedie, a ja co najwyżej notatkę z lekcji. Moją jedyną dumą był język polski i francuski (w językach zawsze byłam bardzo dobra). Jednak pewnego zwykłego dnia (około 19 lutego), gdy po szkole oglądałam TikToka, natrafiłam na profil bardzo ciekawej pisarki, której niestety imienia teraz nie pamiętam. Zainteresowały mnie poruszane przez nią tematy: coś typu śmiesznego filozofowania przy prostych, codziennych tematach jak przyjaźń, relacje z płcią przeciwną czy praca.

Z pisaniem moja podróż zaczęła się, jak tylko nauczyłam się nanosić literki na kartke w 1 klasie. Moim pierwszym “dziełem” były krótkie opowiadania o życiu owadów. “Podróże Biedronki”, “Motyl i Gąsienica”, “Pałac pszczółek”. Potem z latami, tworzyłam bardziej pokręcone historie: życie jakichś wymyślonych przeze mnie bohaterek, pierwsze, bardzo suche i skręcające romanse czy w końcu prace konkursowe. Nawet przed nabyciem umiejętności pisania, potrafiłam wymyślać tak ekstraordynaryjne scenariusze i potem wcielać je w zabawach, że ta cecha została mi do dzisiaj i wciąż gdzieś w mojej wyobraźni krążą takie pomysły.

Po zobaczeniu twórczości przywołanej przeze mnie pisarki napotkała mnie nagła inspiracja. Nie pisałam od dwóch lat, miałam przerwę i się zniechęciłam tym, że żadną z moich prac nigdy nie byłam w stanie dokończyć. Zawsze było to maks 5 stron i moja kreatywność wyparowywała. No więc po pewnych antytezowych przemyśleniach, podjęłam decyzję: warto spróbować.

9 lipca 2025

Minęło prawie 5 miesięcy od skończenia mojego pierwszego tekstu. Teraz gdy go czytam, nie jestem z niego szczególnie zadowolona, ale ma on dla mnie ogromne sentymentalne znaczenie. Jest moim pierwszym tekstem, który kiedykolwiek ukończyłam. Udało mi się dopisać ostatnie zdanie, nie wyparować zapałem i byłam z niego ogromnie dumna. Gdy wydrukowałam go, pamiętam, że się wzruszyłam i poczułam nieznaną wcześniej satysfakcje i dumę. Moje ręce były w stanie napisać te słowa. Ja jestem jego autorką, nie jakiś przeciętny X z mojej klasy, a ja. Moje imię widniało tuż pod tytułem.

Do opublikowania tekstu potrzebowałam prawie 3 miesiące. Pomysłodawczyniom pokazaniu światu mojej pracy, była moja mama, która czyta każdy mój tekst i jest moim największym wsparciem przy pisaniu każdego ze wpisu. Dlaczego tak długo? Oczywiście był to strach, przed opinią innych, swoją, że ten tekst jest tak naprawdę do wywalenia. Jednak w czasie przerwy wielkanocnej podjęłam decyzję. Teraz albo nigdy. W przeciągu tych miesięcy napisałam jeszcze jedną pracę – tytułem zaczerpnięty z losowego plakatu na mojej ścianie. “Życie 15-letniej kobiety i 35-letniej dziewczyny”. Jak tylko zaczęła się przerwa z trzęsącymi się rękami, wykupiłam hosting i razem z pierwszym lepszym tutorialem na YouTube, zaczęłam projektować stronę. Zajęło mi to około tygodnia, a potem założyłam jeszcze Pinterest (polecały to zrobić wszystkie bloggerki, jakich porady oglądałam).

W końcu, 25 kwietnia został opublikowany mój pierwszy wpis, z wielkimi trudnościami, ale się udało (dostałam przy tworzeniu strony wpisu załamania nerwowego chyba z 20 razy, bo dwa teksty obok siebie miały różne czcionki i nie potrafiłam tego naprawić). Stres zawładnął całym moim ciałem, a jak jeszcze opublikowałam na moim koncie na Instagramie relacje, że taki blog istnieje, serce na chwile przestało bić.

Kolejnego dnia w szkole, wszyscy moi przyjaciele mówili o blogu. “Jest super”, “Bardzo dobrze mi się czytało”, “Mega, że wpadłaś na tak super pomysł!”. Cieszyłam się niezmiernie, czułam, że nareszcie mam coś, co daję mi prawdziwe szczęście i jak widać, towarzyszyło mi przez całe życie. Obudziłam w sobie miłość do tworzenia, wydawało mi się, że świat się przede mną otworzył.

Napisałam ten wpis, ponieważ jestem dumna z mojej historii. A przede wszystkim, chcę powiedzieć, że wokół nas jest milion marzeń, które możemy spełnić, trzeba tylko uważnie ich szukać. Teraz na moim blogu jest 11 wpisów i w tym momencie tworzę 12. Mam konta w social mediach gdzie codziennie poznaję nowe osoby, które wspierają mnie, lubią czytać i oglądać moje posty oraz pomagają mi spełniać marzenia. Nie przestaję na tym. Przede mną jeszcze wiele przygód, upadków i wzlotów, ale pragnę, żeby ta historia mogła zainspirować Cię czytelniczko.

Nie napisałam tych zdań, żeby się przechwalać czy pokazywać kolejne irytujące obrazy idealnych nastolatek (takie też mnie bardzo denerwują). Bo nie jestem idealna, mój blog nie jest idealny, moje teksty nie są idealne. Chcę tylko powiedzieć, że jesteś w stanie. Bo myślisz o tym, bo się boisz, ale wciąż nęka Cię ten pomysł. Po prostu spróbuj, bo w twojej historii to Ty zawsze powinnaś być główną bohaterką. Trzymam za Ciebie kciuki!  Z całą miłością, YP.

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *